poniedziałek, 6 stycznia 2014
At ten in the morning
I was laughing at something
At the airport terminal
At nine in the evening
I was sitting crying to you over the phone
Well passing the border from a state to another
Filled with people whom I couldn't help to relate to
And we stopped a while at a roadside restaurant
Where the waitress was sitting outside smoking in her car
She had that look of total fear in her eyes
And as we drove away from there she looked at me and
she smiled
I keep running around
Trying to find the ground
But my head is in the stars
And my feet are in the sky
Well I'm nobody's baby
I'm everybody's girl
I'm the queen of nothing
I'm the king of the world
Żyję i mam się dobrze.
sobota, 7 września 2013
Obserwuję ostatnio, jak kilkoro ulubionych ludzi zmaga się ze swoimi związkami. Jedni zaczynają, inni kończą - nie zawsze spokojnie, nie zawsze w pięknym stylu, na słodko, w harlekinowej chmurze wypłowiałej historii. Uderza mnie, jak wiele trudności sprawia ludziom odejście w cywilizowany sposób, rozmawianie jak dorośli ludzie. Ta dorosłość jest różnie rozumiana przez nich i mnie; czuję, że oni mają się za dojrzałych i twardych, a udowadniają to przez zrywanie więzów razem z fragmentami skóry swojej i kogoś innego. Tak bardzo się boję, że moi absolute beginners zostaną potraktowani zupełnie tak samo.
Niby wierzę im, tym zagarniaczom moich przyjaciół. Są dla nich dobrzy, cieszą się nimi, a wszystkie zmiany zachodzące w naszych wspólnych relacjach są dobrymi dla tej trzeciej osoby, która nie widzi świata poza swoją miłością. Tylko czy wszyscy inni nie zaczynali tak samo? Każdy, kto wiedziałby, ile mniej więcej mamy lat wyśmiałby te obawy, bo prawdopodobnie jesteśmy za młodzi, żeby w najbliższym czasie związać się na zawsze. Być może ten niewidzialny każdy przypomniałby sobie, jak bardzo zależało mu, gdy był taki jak my. Może też długo był samotny i marzenie o drugiej osobie utrzymywało go przy życiu. Kiedy wspominam, jak wspaniali potrafimy być, jak wiele dla siebie nawzajem i dla innych zrobiliśmy, naprawdę wierzę, że jesteśmy warci spełnienia tych marzeń. Być może jest trochę naszej winy w tym, że czekając tak długo w naszych głowach powstał pewien obraz; obraz nie tylko osoby, ale wyobrażenie całej rzeczywistości przez nią zmienionej. Mamy wiele obaw i jeszcze więcej oczekiwań, bo przeżyliśmy to w głowach, w świecie bezwstydnej czułości i całkowitego odsłonięcia. Za to większości przychodzi szybko odpokutować.
A teraz napiszę banał. Warto czekać. Niekoniecznie na wielki happy end ze ślubem, zachodem słońca i zapachem kwiatów. Raczej na współistnienie, radość z podobieństw, uwielbienie różnic i wad, zmianę priorytetów, przyzwolenie samemu sobie na chwilę zmagań. Na poświęcenie, próby rozumienia, przygotowanie na porażkę i uwielbienie mimo to. Na planowanie, układanie dwóch światów w jeden, przystosowanie. Czasami również na szczerość do bólu, na ocenę bez obwiniania, na pogodzenie się z prawdą i wyższym dobrem drugiej osoby. Od paru dni znowu jestem sama. Nie samotna, bo to złe słowo. Byłam w związku, który umacniał jego obie strony. Takim, który sprawił, że owe obie osoby mogą powiedzieć: Jestem dobra, jestem silna, nikogo nie skrzywdziłam, razem było nam spokojnie i szczęśliwie. Rozchodzimy się pokojowo. Co ciekawe, nigdy dotąd nie było to udziałem żadnej ze stron. Zawsze trafiało się na takich ludzi, o których pisałam wyżej: palących mosty, zadających ostatecznie niewyobrażalny ból, odbierających nam godność, bo się nie udało. Nie wiem, jacy jesteście i z kim jesteście. Jak mogłabym, skoro nigdy nie będzie między nami tej relacji, która sprawdza człowieka ostatecznie? Czekam na ten dzień, który mi uzmysłowi, że przeżyliście to co ja, że było warto. Tak bardzo chcę, żebyście wytrwali. Nawet, jeśli walczyliście o coś, co przeminęło.
Niby wierzę im, tym zagarniaczom moich przyjaciół. Są dla nich dobrzy, cieszą się nimi, a wszystkie zmiany zachodzące w naszych wspólnych relacjach są dobrymi dla tej trzeciej osoby, która nie widzi świata poza swoją miłością. Tylko czy wszyscy inni nie zaczynali tak samo? Każdy, kto wiedziałby, ile mniej więcej mamy lat wyśmiałby te obawy, bo prawdopodobnie jesteśmy za młodzi, żeby w najbliższym czasie związać się na zawsze. Być może ten niewidzialny każdy przypomniałby sobie, jak bardzo zależało mu, gdy był taki jak my. Może też długo był samotny i marzenie o drugiej osobie utrzymywało go przy życiu. Kiedy wspominam, jak wspaniali potrafimy być, jak wiele dla siebie nawzajem i dla innych zrobiliśmy, naprawdę wierzę, że jesteśmy warci spełnienia tych marzeń. Być może jest trochę naszej winy w tym, że czekając tak długo w naszych głowach powstał pewien obraz; obraz nie tylko osoby, ale wyobrażenie całej rzeczywistości przez nią zmienionej. Mamy wiele obaw i jeszcze więcej oczekiwań, bo przeżyliśmy to w głowach, w świecie bezwstydnej czułości i całkowitego odsłonięcia. Za to większości przychodzi szybko odpokutować.
A teraz napiszę banał. Warto czekać. Niekoniecznie na wielki happy end ze ślubem, zachodem słońca i zapachem kwiatów. Raczej na współistnienie, radość z podobieństw, uwielbienie różnic i wad, zmianę priorytetów, przyzwolenie samemu sobie na chwilę zmagań. Na poświęcenie, próby rozumienia, przygotowanie na porażkę i uwielbienie mimo to. Na planowanie, układanie dwóch światów w jeden, przystosowanie. Czasami również na szczerość do bólu, na ocenę bez obwiniania, na pogodzenie się z prawdą i wyższym dobrem drugiej osoby. Od paru dni znowu jestem sama. Nie samotna, bo to złe słowo. Byłam w związku, który umacniał jego obie strony. Takim, który sprawił, że owe obie osoby mogą powiedzieć: Jestem dobra, jestem silna, nikogo nie skrzywdziłam, razem było nam spokojnie i szczęśliwie. Rozchodzimy się pokojowo. Co ciekawe, nigdy dotąd nie było to udziałem żadnej ze stron. Zawsze trafiało się na takich ludzi, o których pisałam wyżej: palących mosty, zadających ostatecznie niewyobrażalny ból, odbierających nam godność, bo się nie udało. Nie wiem, jacy jesteście i z kim jesteście. Jak mogłabym, skoro nigdy nie będzie między nami tej relacji, która sprawdza człowieka ostatecznie? Czekam na ten dzień, który mi uzmysłowi, że przeżyliście to co ja, że było warto. Tak bardzo chcę, żebyście wytrwali. Nawet, jeśli walczyliście o coś, co przeminęło.
środa, 27 lutego 2013
Dzisiejsza nerwowa atmosfera może nie nastroiła mnie najlepiej, ale sprawiła, że przyszło mi do głowy coś ważnego.
Część ludzi, których na co dzień spotykam mają czasami tendencję do walki za wszelką cenę o to, by nikt inny nie miał nie tyle lepiej od nich, co równie dobrze. W sumie nie próbuję nawet tego zrozumieć, ale coś z w rodzaju wyobraźni artystycznej, którą większość z nas w mniejszym czy większym stopniu posiada, nakazuje się zastanowić. Tym razem tej potrzeby nie posłucham.
Dlatego, że nie chcę oceniać trudności czy łatwości, z jaką tym ludziom przychodzi codzienna egzystencja, bo oni też znają mnie tylko jako tą, która czasami prosi o to, żeby dać jej fory. Bo choruje, bo jej rodzina jest chora od urodzenia, bo mieszka w innym mieście. Ja też nie wiem o nich wielu rzeczy, których może nie sygnalizują z różnych powodów, chociaż to znaczy chyba, że nie uznają tego za niezbędne im; tym samym rozumiem, że te sprawy są mniejszego pokroju niż moje ograniczenia. Mimo to, to właśnie oni reagują czystą agresją na próby tworzenia udogodnień dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co oni.
Zazwyczaj stwierdzam, że mam niełatwe życie, ale nie na tyle, żeby innym nie pomagać. I więcej: dzisiaj, po batalii o to, kto ma gorzej i po wielu takich dyskusjach w przeszłości widzę swoje życie całkiem nieźle. Dojeżdżam na uczelnię i we wszystkie inne potrzebne miejsca autobusem z innego miasta. Kierowca tego autobusu zna prawie wszystkich pasażerów z widzenia i krzyczy, że trzeba wysiadać, kiedy ktoś przyśnie po całym dniu poza domem. Kierowcy zazwyczaj pamiętają, gdzie kto powinien wysiąść. W barze na uczelni czasami dostaję trochę więcej obiadu, albo darmową sałatkę, bo pracownicy wiedzą, że może nie głoduję, ale takie małe rzeczy pomagają, kiedy przychodzi kryzys. Na dworcu często dostaję herbatę, kiedy przemarznę, za darmo. Bo znamy się i wiemy, że po sześciu godzinach poza domem, kiedy nawet na chwilę nie ma gdzie się schować mamy trochę dość i chce nam się ryczeć, a herbata i chwila rozmowy mogą trochę pomóc. Znam kasjerki ze sklepów, z których przywożę zakupy dla matki i jej matki, które same po zakupy chodzą z trudem. Te kasjerki śmieją się ze mnie, kiedy mówię, że skurwiele, którzy lżą je w miejscu pracy, bo nie mogą zapłacić kartą za fajki są potrzebni dlatego, że przynajmniej całą moją frustrację mogę przelać na nich, równając z ziemią pospolite chamstwo.
Po całym tym dniu, kiedy już jadę do domu: po rozmowie z panem z bufetu, z panią w sklepie, z panią z baru dworcowego i uśmiechem do kierowcy busa lubię siedzieć na fotelu, gdzie jest najciemniej i myśleć o przyjaciołach. O tym, kiedy ich zobaczę i co mogę dla nich zrobić. Czy czują się dobrze, czy bardzo się przejmują. I współczuję tym, którzy uparli się, że zamiast przeznaczyć chwilę na dobrą myśl będą kombinować, jak innym dopiec, żeby mieli jeszcze gorzej. Bo to wszystko, ta atmosfera, te dobre rzeczy wyłowione z morza obojętności i złej woli sprawiają, że ja po całym dniu jednak się uśmiecham. A oni?
Część ludzi, których na co dzień spotykam mają czasami tendencję do walki za wszelką cenę o to, by nikt inny nie miał nie tyle lepiej od nich, co równie dobrze. W sumie nie próbuję nawet tego zrozumieć, ale coś z w rodzaju wyobraźni artystycznej, którą większość z nas w mniejszym czy większym stopniu posiada, nakazuje się zastanowić. Tym razem tej potrzeby nie posłucham.
Dlatego, że nie chcę oceniać trudności czy łatwości, z jaką tym ludziom przychodzi codzienna egzystencja, bo oni też znają mnie tylko jako tą, która czasami prosi o to, żeby dać jej fory. Bo choruje, bo jej rodzina jest chora od urodzenia, bo mieszka w innym mieście. Ja też nie wiem o nich wielu rzeczy, których może nie sygnalizują z różnych powodów, chociaż to znaczy chyba, że nie uznają tego za niezbędne im; tym samym rozumiem, że te sprawy są mniejszego pokroju niż moje ograniczenia. Mimo to, to właśnie oni reagują czystą agresją na próby tworzenia udogodnień dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co oni.
Zazwyczaj stwierdzam, że mam niełatwe życie, ale nie na tyle, żeby innym nie pomagać. I więcej: dzisiaj, po batalii o to, kto ma gorzej i po wielu takich dyskusjach w przeszłości widzę swoje życie całkiem nieźle. Dojeżdżam na uczelnię i we wszystkie inne potrzebne miejsca autobusem z innego miasta. Kierowca tego autobusu zna prawie wszystkich pasażerów z widzenia i krzyczy, że trzeba wysiadać, kiedy ktoś przyśnie po całym dniu poza domem. Kierowcy zazwyczaj pamiętają, gdzie kto powinien wysiąść. W barze na uczelni czasami dostaję trochę więcej obiadu, albo darmową sałatkę, bo pracownicy wiedzą, że może nie głoduję, ale takie małe rzeczy pomagają, kiedy przychodzi kryzys. Na dworcu często dostaję herbatę, kiedy przemarznę, za darmo. Bo znamy się i wiemy, że po sześciu godzinach poza domem, kiedy nawet na chwilę nie ma gdzie się schować mamy trochę dość i chce nam się ryczeć, a herbata i chwila rozmowy mogą trochę pomóc. Znam kasjerki ze sklepów, z których przywożę zakupy dla matki i jej matki, które same po zakupy chodzą z trudem. Te kasjerki śmieją się ze mnie, kiedy mówię, że skurwiele, którzy lżą je w miejscu pracy, bo nie mogą zapłacić kartą za fajki są potrzebni dlatego, że przynajmniej całą moją frustrację mogę przelać na nich, równając z ziemią pospolite chamstwo.
Po całym tym dniu, kiedy już jadę do domu: po rozmowie z panem z bufetu, z panią w sklepie, z panią z baru dworcowego i uśmiechem do kierowcy busa lubię siedzieć na fotelu, gdzie jest najciemniej i myśleć o przyjaciołach. O tym, kiedy ich zobaczę i co mogę dla nich zrobić. Czy czują się dobrze, czy bardzo się przejmują. I współczuję tym, którzy uparli się, że zamiast przeznaczyć chwilę na dobrą myśl będą kombinować, jak innym dopiec, żeby mieli jeszcze gorzej. Bo to wszystko, ta atmosfera, te dobre rzeczy wyłowione z morza obojętności i złej woli sprawiają, że ja po całym dniu jednak się uśmiecham. A oni?
niedziela, 30 grudnia 2012
- I co, twierdzisz, że to o nas?
- A da się dosadniej, nic o nas nie wiedząc?
- Bzdura.
To chyba najlepszy dowód, ale nie dodałam tego przez telefon, bo nie mam w zwyczaju rozmawiać z sygnałem przerwanego połączenia. Kiedyś dobrze czytało nam się książki przez telefon. Już nie pamiętasz, jak kochaliśmy tę samą osobę.
A Ty? Jesteś na drugim końcu kraju, rozpadasz się i nie chcesz mnie widzieć, bo wstydzisz się tego, że pewnie nawet mnie nie poznasz. Przez chwilę myślałam, że tego nie rozumiem, ale daruję sobie te próby. Wystarczy mi, kiedy mnie trzęsie, że inni nie rozumieją, jak mogę Ci na to pozwalać i zostawiać Cię w spokoju.
czwartek, 6 grudnia 2012
Cieszę się, że rozumiesz brak postów tutaj i moją ciągłą obecność bez dwutygodniowych zniknięć pod kołdrą w paski jako oznakę, że mi z Tobą dobrze. Myślę dokładnie tak samo.
Lubię wstawanie niemożliwie rano w moje wolne dni i odsypianie u Ciebie. Słuchanie, jak mówisz w obcych językach, obserwowanie nerwowego przestawiania kubka kawy przy pracy, cztery żółte karteczki z cytatami wiszące nad biurkiem i popisane ołówkiem ściany. Lokalizowanie pieprzyka na Twoim policzku, żeby rano odnaleźć się w czasie i przestrzeni. Wspólne obserwowanie śladu kocich łapek za drzwiami tarasu. Ciche rozmowy na przystanku i masę tajnych znaków przenoszących dobre znaczenia.
Jutro na wszelki wypadek powiem Ci to jeszcze raz. Najlepiej przez telefon, kiedy wśród niezupełnie znajomych ludzi schowasz się w rogu sali, żeby posłuchać i nie móc odpowiedzieć, chyba że szeptem. Poukładajmy sobie jeszcze nawzajem w głowach, żeby reszta dopowiedziała się sama.
sobota, 29 września 2012
Miło, kiedy ktoś inny nadaje sens dbaniu o twoje własne ciało: nie tylko w kontekście obcinania paznokci, ale też niewłażenia pod samochody... Tylko czy to rzeczywiście oznacza, że jesteśmy dla siebie nawzajem?
Z tych wszystkich rozmyślań o przeszłych samotnościach wynika, że chodzi bardziej o istnienie kogokolwiek i dla kogokolwiek. Ze świadomością, że nie ma na zawsze, a wszystko, co powiedzieliśmy stanie się kłamstwem, kiedy się rozstaniemy.
Ale ta chwila trwa.
poniedziałek, 24 września 2012
sobota, 22 września 2012
piątek, 31 sierpnia 2012
Zastanawiam się, w którym momencie ludzie zapomnieli, że kiedyś wystarczało być po prostu w porządku. Nie wiem, kiedy zaczęło się to, że twoja tapeta w mieszkaniu musi pasować do osobowści, twoje papierosy mają być inspirujące, a twoja codzienność - materiałem na film. Już nie można po prostu robić tego, co potrzebne i być spokojnym, że wszystko będzie dobrze. To straszne, że znam ludzi, którzy wymyślili sobie życie, bo zbyt mocno znudzili się własnym.
A ja? Ja lubię swoje "Baby, be good, do what you should, you know it will work alright".
A ja? Ja lubię swoje "Baby, be good, do what you should, you know it will work alright".
czwartek, 26 lipca 2012
poniedziałek, 9 lipca 2012
All these accidents that happen, follow the dot... Coincidence makes sense only with you.
Przecież wiedziałam, że to zagra, prawda? Więc dlaczego zadziałało tak jak zawsze?
Podobno to marnie brzmi, że mojemu życiu nadaje sens muzyka: w słuchawkach, na koncertach i w sercach ludzi, którzy są ze mną. Jeśli dzięki temu dla mnie jest cenniejsze, dla innych może być marne.
Wszystko układa się dobrze, ale nadal nie mogę poradzić sobie ze sprawami, które wiążą się ze strachem. Wiara w to, że tylko inna osoba obok mnie mogłaby w tym pomóc nie prowadzi do niczego. Znowu wygodniej byłoby nie czuć.
środa, 20 czerwca 2012
Sytuacja jest trochę jak w tej anegdocie o facecie, któremu przyśnił się sens życia, więc w nocy zapisał sobie na kartce i położył na stoliku nocnym; rano umył się, ogolił, ubrał w ślubny garnitur i zasiadł do lektury - a tam było napisane "Malinowski to chuj". No więc trochę jak w tej anegdocie, tylko bez snu, kartki, mycia, golenia, garnituru i Malinowskiego: w życiu chodzi o to, żeby coś się działo.
Żyję i mam się dobrze. Nie martwcie się o mnie.
piątek, 18 maja 2012
„Przed piersią konia zbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem przekopywał się koń przez czystą i świeżą jego masę. Wreszcie ustał. Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszoną głową. Przytuliłem jego łeb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lśniły łzy. Wtedy ujrzałem na jego brzuchu okrągłą czarną ranę. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? - szepnąłem ze łzami. - Drogi mój - to dla ciebie - rzekł i stał się bardzo mały, jak konik z drzewa.”
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
sobota, 24 marca 2012
sobota, 17 marca 2012
piątek, 9 marca 2012
Cztery razy w tygodniu mijam dom, którego mieszkańców nigdy nie spotkałam. Dzisiaj ktoś stał w jednym z jego okien, oparty dłonią o szybę. Uśmiechnęłam się do niego, zanim zdążyłam pomyśleć, chociaż nie widziałam jego twarzy. Cofnął się, bo odebrałam mu pewność bycia niewidzialnym. Odwrócił się bokiem do szyby i dotknął twarzy dłonią, jakbym to ja to zrobiła, a on szukał zmiany.
Nie bój się, nie warto.
I tęsknię za kimś, za kimś jeszcze. Za tobą, ty cholerny idioto, kiedy lubiłam w tobie wszystko łącznie z kształtem paznokci i sposobem rozpoczynania wiadomości. Umiesz być taki, jak kiedyś? Musiałbyś chyba chcieć, dla kogoś. Już nie dla nas. Pragnienia są bez sensu.
Nie bój się, nie warto.
I tęsknię za kimś, za kimś jeszcze. Za tobą, ty cholerny idioto, kiedy lubiłam w tobie wszystko łącznie z kształtem paznokci i sposobem rozpoczynania wiadomości. Umiesz być taki, jak kiedyś? Musiałbyś chyba chcieć, dla kogoś. Już nie dla nas. Pragnienia są bez sensu.
poniedziałek, 20 lutego 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)
